środa, 18 lipca 2012

Brud - 2/2


2.
Słyszała ich kroki obok swojej twarzy.
Adrenalina już trochę opadła, więc Konan powstrzymała się od wstania i rzucenia się na nich. Kiedy usłyszała, że zeszli po schodach na sam dół, usiadła, potarła twarz prawą ręką.
Postrzał w lewej dopiero teraz zaczął ją naprawdę boleć, ale dzielnie powstrzymała się od wrzasku. Zajrzała do pokoju.
Nagato siedział na brzegu łóżka. Łokcie opierał o kolana, a twarz ukrył w dłoniach. Po wewnętrznej stronie ud spływała mu krew.
- Hej, mały – szepnęła słabo dziewczyna, uśmiechając się z trudem. – Nie płacz, proszę.
Chłopak uniósł nagle głowę. Oczy miał spuchnięte, a blade policzki mokre od łez.
Konan przyklękła, podczołgała się do niego, oparła głowę o jego kolana.
- Już dobrze – wyszeptała, głaszcząc go po ręce. – Już dobrze, mój maleńki. Już cię nie skrzywdzą.
Z trudem uniosła głowę, spojrzała mu w oczy.
- Już dobrze, tak? – szepnęła czule.
Wychyliła się i pocałowała go delikatnie w usta.
- Co z tobą? – spytał cicho Nagato, głaszcząc ją po brudnych od przyschniętego już błota plecach.
- Wszystko okej, skarbeczku – wymamrotała. – Moje śliczne, śliczne kochanie. Już nikt cię nie skrzywdzi. A teraz powiedz mi, czy ten pokurw zabrał mój rewolwer.
Nie czekając na odpowiedź, pocałowała go mocno, gwałtownie. Chłopak złapał ją za zdrowe ramię i odsunął od siebie, jakby się wystraszył.
- Nie… Nie rób tak… - jęknął. – Nie wiesz… nawet nie wiesz, co ten stary oblech mi robił…
Głos mu się załamał. Konan przytuliła go, zaczęła czule głaskać po włosach.
- Zabrał rewolwer? – powtórzyła natarczywie. – To ważne.
- Nie – szepnął Nagato. – Rzucił go pod łóżko, jak tylko do ciebie strzelił. Widocznie był pewien, że nic mu nie zrobię. I że ty nie… Och, Konan…
Wczepił się w nią spazmatycznie, zaszlochał cicho.
- Już dobrze, kochanie – szepnęła, głaszcząc go po karku. – Już dobrze. Powiedziałam, że już cię nie skrzywdzą.
Odsunęła się od niego, zanurkowała pod łóżkiem i po chwili wyprostowała się, dzierżąc w ręce colta. Zajrzała do bębna. Były pusty.
Zaklęła cicho, wywlekła spod łóżka również jeden ze swoich wysokich glanów. Krzywiąc się, rozerwała nosek i wyciągnęła z niego trzy kule.  Wyjęła z kieszeni pudełeczko z prochem, którego zaraz nasypała do bębna. Dopchnęła kule, podniosła rozsypane na podłodze kapiszony i nałożyła je. Zważyła rewolwer w dłoni.
- Chodź, maleńki. – Klęknęła przed Nagato, cmoknęła go krótko w usta.
Wstała z trudem.
- Dasz radę się ubrać? – spytała.
Chłopak pokręcił głową.
- Mam tylko to – mruknął, podnosząc leżące pod łóżkiem majtki. – Resztę mi pocięli.
- Dobra.
Konan zaczęła rozpinać koszulę. Miała pod nią tylko biustonosz, paskudny, rozciągnięty i odbarwiony.
- Nie gap się – powiedziała, rzucając mu flanelową szmatę, brudną od krwi i błocka. – Jeśli przeżyjemy, to będziesz mógł patrzeć dzień i noc na wszystko, co mam, a teraz musimy, kurwa, przeżyć.
Nagato posłusznie spuścił wzrok. Założył majtki i narzucił sobie na plecy jej koszulę. Była na niego za duża i Konan, mimo powagi sytuacji, nie mogła powstrzymać się od uśmiechu. Nawet teraz Nagato wyglądał prześlicznie. To trochę podniosło jej morale.
- Chodź. – Pociągnęła go za rękę.
Mocniej ścisnęła rewolwer i wyszła na korytarz, starając się iść najciszej, jak dało radę.
Spojrzała na swoją postrzeloną rękę. Miała nadzieję, że uda się jej nie złapać tężca… I że w ogóle będzie mogła ruszać tym ramieniem.
Włamywacz przestrzelił jej lewy bark. Bolało ją jak jasna cholera, ale nie zamierzała się tym przejmować.
Nagato był ważniejszy. Wiedziała, że musi go chronić i że nie może umrzeć, bo wtedy on zostałby zupełnie sam.
- Zaczekasz w środku – syknęła cicho. – Jeśli nie wrócę albo nie zawołam cię przez pięć minut, to uciekniesz oknem.  Rozumiesz, Nagato?
Zaczęła schodzić po schodach. Chciała się oprzeć, ale barierka była z lewej strony.
Chłopak skinął głową.
- Jeśli usłyszysz, że idą – szepnęła. – To też uciekniesz oknem. Dasz radę?
- Dam – mruknął Nagato. – Ale myślę, że nie będę musiał.
- Nie będziesz – wyszeptała, kiedy tylko znaleźli się na dole. – Mówię to na wszelki wypadek. Schowaj się teraz.
Nagato posłusznie kucnął za wyszynkiem, a Konan niepewnie wyjrzała na zewnątrz.
I kafar, i włamywacz byli na placyku przed zajazdem. Kafar siedział na wielkim, trójkołowym motorze i właśnie przekręcał kluczyki, włamywacz natomiast stał tyłem do niego i odlewał się na drogę.
Konan wiedziała, że nie ma więcej czasu.
„Kocham cię, Nagato”, pomyślała, wychodząc na werandę. „Kocham cię, kruszynko.”
Stali za daleko, by mogła w nich wcelować ze starego colta. Mogła albo zmarnować czas na okrążenie balustradki, albo ją przeskoczyć, chociaż balustradka była za wysoka, by Konan mogła to zrobić bez użycia rąk.
„Kocham cię, skarbeńku… Boże, dlaczego nie zdążyłam ci tego powiedzieć…”
Wybrała trzecią opcję. Nabrała w płuca dużo, dużo powietrza. Postrzelony bark zabolał ją nagle.
- Hej, ty! – wrzasnęła, wkładając w ten wrzask cały swój ból i nienawiść. – Hej, ty pierdolony, tłusty pokurwie!
Kafar odwrócił głowę w jej stronę. Dziewczyna odskoczyła za ścianę, ale strzał, którego się spodziewała, nie padł.
Wyjrzała niepewnie zza futryny.
Kafar siedział nieruchomo, blady jak trup. Włamywacz podszedł do niego, zapinając rozporek. Przez moment rozmawiali o czymś podniesionym głosem, aż w końcu włamywacz zawołał:
- Chyba cię popierdoliło, pedale! Nie ma żadnych duchów, ten kurwiszon musiał przeżyć!
Odpiął coś od pasa, a Konan poczuła się, jakby serce jej stanęło.
To musiał być granat. Nawet z tak dużej odległości doskonale poznawała to pierdolone, ponacinane, ciemne jajko.
Teraz wiedziała, że nie ma wyjścia.
- Hej, ty! – wrzasnęła znów.
Konan znów poczuła przypływ adrenaliny. Przeskoczyła nad balustradą, wspierając się prawą ręką, z której nie wypuszczała rewolweru.
Wiedziała, że biegnie za wolno, ale włamywaczowi jakoś się nie spieszyło. Patrzył na nią rozszerzonymi oczyma, jakby i on właśnie uwierzył w duchy.
- Umrzyj! – wrzasnęła, unosząc colta.
Teraz była za blisko, by ten pokurw mógł rzucić w nią granatem, nie zagrażając przy tym sobie. A znalazł się przy tym w zasięgu jej przedpotopowej spluwy.
- Umrzyj! – wydarła się ochryple. – Umrzyj! Umrzyj! Umrzyj!
Nacisnęła spust. Włamywacz charknął, splunął krwią i upadł na kafara, który wrzasnął i wyrwał granat z jego drętwiejącej już dłoni.
Konan pogłaskała colta, wycelowała i strzeliła kafarowi prosto w zmasakrowaną twarz. Mężczyzna wrzasnął głośniej, złapał się za pysk, który teraz przestał przypominać cokolwiek ludzkiego.
Kula zgruchotała mu kość policzkową, ale nie rozwaliła łba, co było zamiarem Konan.
- Odpuść, dobra panienko – wybełkotał kafar. – Odpuść, proszę… Ja nie chciałem, to samo tak wyszło…
- Ja też nie chciałam – odparła ponuro dziewczyna, znów głaszcząc colta
Zbliżyła się do niego, kopnęła go w plecy bosą, potwornie brudną stopą.
A przystawiła mu rewolwer do potylicy i strzeliła.
- Samo tak wyszło – wycedziła z zimną furią.
Z trudem zrzuciła jego masywne cielsko z ogromnego motocykla, kopnięciem odsunęła również zwłoki włamywacza.
- Nagato! – zawołała.
Głos jej się załamał.
- Nagato! – powtórzyła. – Nagato, możesz już wyjść.
Nagle zrobił się jej bardzo, bardzo słabo. Usiadła na motorze, ale w głowie kręciło się jej tak koszmarnie, że nie wyobrażała sobie prowadzenia. Poza tym lewa strona ciała promieniowała tak straszliwym bólem, że była niemal sparaliżowana.
Nagato wyszedł z zajazdu, zataczając się lekko. Podszedł do Konan, oparł się o motor, by nie upaść.
- Już dobrze – powtórzyła znów dziewczyna, uśmiechając się ze zmęczeniem.
- Dziękuję, Konan – szepnął z wdzięcznością, obejmując ją ostrożnie.
Zasyczała z bólu, oczy nabiegły jej łzami.
- Nie… nie dziękuj – wymamrotała, opierając zdrową rękę o jego plecy. – Ja… ja od tego jestem. Zawsze… zawsze cię obronię.
Odsunęła się od niego, spojrzała mu w oczy.
Jego oczy naprawdę były przepiękne. Nawet spuchnięte od płaczu.
- Kocham cię – mruknęła cicho, starając się, by jej głos zabrzmiał naturalnie, wręcz niedbale. Nie wyszło jej. – Tak, kocham cię – powtórzyła, głośniej i pewniej, uśmiechając się do niego. – Dasz radę prowadzić?  Mnie ręka chyba zaraz odpadnie, a powinniśmy się stąd jak najszybciej zmyć.
Nagato uśmiechnął się do niej, pogładził ją po policzku. Dopiero kiedy odjął dłoń od jej twarzy, Konan zorientowała się, że obcierał jej łzy.
- Też cię kocham – szepnął. – Usiądź z tyłu, ja poprowadzę. Przynajmniej kawałek, potem się zatrzymamy.
- Albo zamienimy – mruknęła Konan, siadając na miejscu dla pasażera. – Dziękuję, Nagato.
Nagato z trudem wgramolił się na siedzenie kierowcy. Kiedy dziewczyna objęła go w pasie, dotknął ostrożnie jej prawej dłoni.
- Nie, Konan – szepnął, przekręcając kluczyki w stacyjce. – To ja ci dziękuję. Za wszystko.
I odjechali w stronę wschodzącego słońca.

2 komentarze:

  1. Cudo<3 wizja Konan i Nagato specyficzna, ale słodka. Psychiczne, czyli to co najlepsze. Czekam na więcej^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Nerafiel... mówiłam Ci już kiedyś, że uwielbiam twoje opowiadania?

    OdpowiedzUsuń